Kiedy dwa lata temu trafiłam na Marzycielską Pocztę, nie zdawałam sobie sprawy jak cudowne jest to miejsce. Pisanie listów, wykonywanie upominków, otwieranie skrzynek i znajdowanie w nich czegoś od dzieci, a także, co ostatnio stało się również moim udziałem, spotkania z Marzycielskimi Przyjaciółmi, bezsprzecznie potrafią obdarowywać człowieka toną radości. mrugnięcie

Dzień pierwszego sierpnia 2012 r. z pewnością zapamiętam na zawsze. Po namowach i wierceniu tacie dziury w brzuchu udało mi się przekonać go, aby podczas urlopu zabrał mnie i mojego brata Wiktora do Zaździerza, gdzie Kuba miał akurat turnus rehabilitacyjny.

Z założenia mieliśmy jechać w trójkę, ostatecznie jednak dołączyła do nas moja mama i siostra, w związku z czym, dość niespodziewanie, wybraliśmy się całą paczką. Trzygodzinna podróż minęła w oka mgnieniu i z lekkim zdziwieniem, że to już, ale i radością, znaleźliśmy się w rehabilitacyjnym ośrodku otoczonym malowniczymi widokami.

Z Wiktorią

Już na początku zostaliśmy wrzuceni na głęboką wodę. A nie, przepraszam. To raczej Kuba został, ponieważ kiedy poszliśmy się z nim przywitać miał zajęcia na basenie. Widać było, że jest w swoim żywiole, ale o tym z pewnością każdy już wie. Jeśli z moim pływaniem będzie tak źle jak jest, chyba wezmę u niego kilka lekcji… Poszliśmy się rozpakować, a potem z radością, która niemal mnie unosiła, poszliśmy przywitać się z Wiki i jej mamą oraz jak się później okazało z Kasią, Baturką i aCią. Następnie wszyscy razem ruszyliśmy do pokoju Kuby, gdzie jego mama poczęstowała nas pyszną owocową herbatą i kawą. mrugnięcie

Po południu przyszła pora na basen, a wieczorem na ognisko i szaleństwa na boisku. Dowiedliśmy, że stanowimy zgraną drużynę i w siatkówkę nikt by nas nie pokonał. Znaleźliśmy też czas na piankowe pistolety i zaproponowaną przez Kubę grę w zbijaka. W ten oto szybki, ale owocny i pełen wrażeń dzień minął.

Czwartek zapowiadał się równie fascynująco jak dzień poprzedni. Podczas zajęć Kuby wybraliśmy się do Płocka do zoo, gdzie mieliśmy się spotkać z Wiktorią i jej mamą. Na miejsce dojechaliśmy w samo południe i od razu przystąpiliśmy do zwiedzania. Były kangury, słonie, lwy, pingwiny z kolorowymi bransoletkami, krokodyle, olbrzymie mrówki, surykatki i przeraźliwie głośno ryczące osły. Innymi słowy wszystko. Udało nam się nawet spróbować pysznych lodów, które wyglądem przypominały styropian. Całe szczęście pogoda nam sprzyjała, więc po zapoznaniu się z płockim zoo wyruszyliśmy na spacer. Uśmiechy od ucha do ucha towarzyszyły nam do godziny 16:00, kiedy to przyszedł czas się pożegnać. Znowu zdecydowanie za szybko…

Obiecując sobie kolejne spotkania, pomachaliśmy im na pożegnanie i ruszyliśmy z powrotem do Zaździerza, gdzie czekały na nas rowery wodne. Mimo czarnych scenariuszy, że zaraz utonę, udało mi się wejść do środka. Bawiliśmy się doskonale, co jakiś czas obserwując aCię, Kasię, Baturkę i Kubę, którzy próbowali chyba rozjechać kaczkę. Nie pamiętam tylko czy im się udało…

Do powrotu na brzeg zmusił nas niestety mały deszcz. Nie był jednak na tyle sprytny, aby pokrzyżować nam plany i przymusić do zostania w pokojach. Zgodnie z planem udało nam się rozegrać kolejny mecz siatkówki, w którym Kuba z Wiktorem rozłożyli nas na łopatki nie pozostawiając żadnej nadziei na wygraną, a także wojnę na piankowe pistolety. A potem… potem znowu przyszła kolej na basen. Ponownie owocny dzień minął w zastraszającym tempie.

Piątek rozpoczęliśmy dość wcześnie szybkim śniadaniem, a potem kolejnym pożegnaniem, ponieważ aCiaaa i Baturka ruszali w dalszą drogę. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy…

Z Kubą

Korzystając z zaproszenia ruszyliśmy do pokoju Kuby, gdzie mogłam podziwiać masę jego cudownych kartek i wykonaną z plasteliny podkładkę. Następnie przyszedł czas na zajęcia u pedagoga, w których mogłam uczestniczyć, za co dziękuję pani Agnieszce. Podobno „uratowałam” Kubę przed zajęciami z matematyki. Przeznaczony czas wykorzystaliśmy na dokończenie kolorowego wazonu i wykonanie świeczników ze specjalnej masy kamiennej, w wyniku czego zrodziła się chyba u mnie dusza artysty. mrugnięcie

Piątkowy czas zleciał zdecydowanie najszybciej i przyszło nam wracać do domu. Żegnając się ze wszystkimi wsiedliśmy do samochodu, by pod wieczór znów być w domu. Dobre nastroje z trzydniowego spotkania na szczęście szybko nas nie opuściły, a temat marzycielskiego spotkania stał się jedynym, o którym rozmawialiśmy do końca tygodnia.

Niesamowite wrażenia, wręcz domowa atmosfera zarówno podczas spotkania jak i tutaj oraz pojawiający się na twarzy uśmiech na te wspomnienia potwierdzają, że Marzycielska Poczta jest czymś wyjątkowym, wprost magicznym i przynosi wiele pozytywnych emocji. Cieszę się z tego spotkania i z pewnością będę się starać o kolejne. Dziękuję Wam wszystkim za ubarwienie tegorocznych wakacji, a także za te prawie dwa lata. ::-*: Teraz już wiem, że nie trafiłam tutaj przypadkiem. mrugnięcie